O Fryderykach słów kilka


Zacznijmy od rozstrzygnięć. Właściwie bez wstrząsów specjalnych. Trzy nagrody dla Comy niespecjalnie mnie zdziwiły, choć to oczywiście o co najmniej dwie za dużo (nagroda dla wokalisty Roguckiego wydaje mi się najmniej dyskusyjna). Cieszy, że w głosowaniu publiczności na piosenkę roku wygrał Czesio, a nie Feel, co może jest jakimś tam prognostykiem na przyszłość. Bez nagród nominowana w największej ilości kategorii Dąbrowska, co trochę rozczarowujące jednak jest, zważywszy, że na przykład w kategorii „wokalistka roku” przegoniła ją Kasia Nosowska, która raczej przy tego typu okazjach nie powinna być brana pod uwagę, bo o ile jest bezdyskusyjny jest status Nosowskiej jako artystki, o tyle wokalistką jest średnią, do czego zresztą sama, bez fałszywej skromności, się przyznaje. A Erykah Badu pewnie nagrodę dostała, bo pozostałe cztery albumy nominowane w kategorii zagranicznej to same płyty rockowe. Ale za to zapowiedziała, że widzimy się z nią już latem.

Świetnie, że po paru latach ignorowania uroczystości bądź retransmitowania jej o porach, w których funkcjonują jedynie lunatycy, Telewizja Polska zdecydowała się wyemitować ją tym razem w czasie największej oglądalności (widzowie nie zobaczyli jednak, do kogo trafiły statuetki w kategoriach dotyczących jazzu i muzyki klasycznej, a część kategorii „rozrywkowych” została przedstawiona w telegraficznym skrócie). Nie mogłem jednak oprzeć się wrażeniu, że Fryderyki pasowały do festyniarskiej na co dzień polityki kulturalnej telewizji publicznej (festiwal w Opolu, festiwal w Sopocie, Eska Hity, Hit Generator nawet) jak przysłowiowy kwiatek do równie przysłowiowego kożucha. Na półtorej godziny telewizja faktycznie stała się misyjną, a co więcej: okazało się, że modnie ubrani i precyzyjnie upudrowani prowadzący – Tomasz Kammel i ten drugi – są fanami i rozosieckowanej Nosowskiej i Marii Awarii i nawet Kapeli ze Wsi Warszawa. Cały szkopuł tkwi jednak w tym, że na co dzień wymienionych artystów w telewizji ze świecą szukać, bo trwa niekończący się festyn Feelów, Dodów i innych Braci. Dysonans? Dam sobie głowę uciąć, że o muzyce ze średniej i wyższej półki telewizja przypomni sobie za rok. Właśnie wtedy Fryderyki będą wręczane po raz szesnasty.

Nie dziwi mnie więc, że większość nagrodzonych zdawała sobie sprawę, że bierze udział w maskaradzie i podeszła co całości z poczuciem humoru – Czesio miał ewidentne problemy ze skleceniem w miarę poprawnego zdania w języku polskim, Rogucki wykrzyczał ze sceny serię przeteatralizowanych manifestów, które miały chyba pełnić rolę ironicznego komentarza (nie wiem jak Was, ale mnie to wprawiło w konsternację i zdziwienie jednocześnie), Maria prezentowała się pięknie z jaszczurką na piersi. Krzesła w pierwszych rzędach stały puste, Pan Jerzy Połomski, największa gwiazda (choć „gwiazda” to chyba nieadekwatne słowo) tej imprezy siedział sam, dźwiękowcy zapadali w chwilowe odrętwienie, a kiedy już się z niego budzili, z przerażenia chyba naciskali wszystkie dostępne przyciski, w związku z czym działo się na scenie mnóstwo i jeszcze więcej. Najbardziej przytomnie zachowała się Anita Lipnicka, która wręczając jedną z nagród, pozdrowiła Fryderyka i życzyła mu powrotu do formy. I to chyba najbardziej trafna diagnoza – nie jest już tak źle jak było, ale do osiągnięcia jako takiego poziomu jest jeszcze daleko. A to głównie dlatego, że ci, do których impreza jest potencjalnie adresowana, pewnie w ogóle jej nie widzieli, bo z zasady nie oglądają telewizji publicznej.

Reklamy

Jedna odpowiedź

  1. cała prawda (:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: