Nie taki film przenikliwy, jak go malują (Vicky Cristina Barcelona, reż. Woody Allen, dyst. Kino Świat)


To film tak naprawdę o niczym. Naprawdę. Dwie Amerykanki, które różnią się jak dwie krople wody, jadą do Barcelony, tam poznają przystojnego Hiszpana. Trochę się bzykają, potem pojawia się jeszcze była żona przystojnego Hiszpana, znowu się bzykają, a potem wszyscy rozjeżdżają się do własnych zajęć, traktując wspólny wypoczynek w jednym z najpiękniejszym miast Europy jako miłą, niezobowiązującą przygodę.

Oczywiście, nagiąłem trochę scenariusz filmu do tezy postawionej w pierwszym zdaniu niniejszego wpisu, ale przyznaję, że śmieszą (a nawet żenują) interpretacje Vicky Cristina Barcelona, jakie pojawiły się na przestrzeni ostatnich dni w opiniotwórczych mediach. O ile w sumie jestem gotów zgodzić się na pomysł poddany przez Film, że to film o zderzeniu chłodnej i konserwatywnej Ameryki z tętniącą życiem, emocjami spontaniczną kulturą europejską, o tyle kompletnie nie rozumiem Pawła T. Felisa (z którym to recenzentem zazwyczaj się zgadzam i który – mym skromnym zdaniem – jest najlepszym w Polsce dziennikarzem piszącym o filmach), który twierdzi, że w obrazie tym Allen próbuje przekonać widzów, że nie znają ani siebie, ani innych; że pozorują pewne działania, a założenia, jakie misternie formułują co do swego życia, mogą runąć pod wpływem przypadku; że są rozważni i romantyczni zarazem etc. Po przeczytaniu tekstu napisanego przez red. Felisa, odnoszę wrażenie, że widzieliśmy dwa różne filmy. A może na pokazach przedpremierowych pokazywano alternatywną wersję filmu, którą Allen nakręcił pod wpływem fascynacji Bergmanem? Choć recenzja przygotowana przez dziennikarza Wyborczej zdaje się sugerować coś innego, poziom głębi psychologicznej Vicky Christina Barcelona wynosi 2 i jedna trzecia w skali 10, w związku z czym dopisywanie jakiejkolwiek znaczącej ideologii do tej burleski wydaje się nie na miejscu.

To oczywiście nie oznacza, że to film kiepski i niewarty uwagi. Allen ewidentnie wrzuca na luz, opowiadając banalną w gruncie rzeczy historię miłosnego czworo.., nie, właściwie wielokąta. Jeśli podejmuje poważniejsze kwestie (jak choćby egzystencjalnych dylematów, które skłoniły przyjaciółki do przyjazdu do Hiszpanii), to robi to w sposób niewymuszony, jedynie je sygnalizując, muskając temat. Nie chodzi tu przecież o budowanie skomplikowanej intrygi, która postawiłaby mnóstwo pytań dotyczących tak zwanego życia. Widz ma się przede wszystkim bawić. A robi to w towarzystwie doborowym i pięknym. Bardem w roli modnego wśród Barcelończyków artysty jest czarujący, świadomy swej atrakcyjności, pociągający, nawet niebezpieczny. Cruz wpada na ekran z impetem, jako krzykliwa, pełna pasji, jak to mówi moja Babcia – temperamentna, może nawet niestabilna emocjonalnie Maria Elena, szarżuje, balansując na granicy parodii. Jej gra jest interesująca, ale nie zasługuje jednak na Oskara – Penelopa bowiem właściwie cały czas krzyczy, mruży oczy i wydyma usta, czyli jest taką Hiszpanką, jaką chcieliby ją widzieć Amerykanie. (tu mała dygresja: slogan reklamowy towarzyszący premierze filmu, tj. humor Allena w świecie Almodovara, jest nadużyciem – jedyne, co Vicky …. łączy ze światem Pedra to obecność Penelopy właśnie i fakt, że niektóre z dialogów przyrządzono po hiszpańsku). Rozczarowuje Scarlett, która owszem, jest pociągająca, ale to raczej zasługa physis, natomiast kompletnie nie jest zmysłowa, a przez większość filmu snuje się po ekranie z kwaśną miną bez wiadomego celu, sprawiając wrażenie zagubionej. A już kompletny brak zangażowania w pocałunek z Penelopą jest karygodny – Scarlett, całujesz Penelopę, tę Penelopę! Najmocniejszym – w sensie aktorskim – atutem filmu jest bez wątpienia Rebecca Hall (po raz kolejny zwracam uwagę na to nazwisko), wbrew temu co sugeruje choćby plakat promujący film – największa gwiazda w tym filmie, która jako pozornie poukładana Vicky, wbrew sobie, podejmuje erotyczną grę z dość ekspansywnym nieznajomym. Vicky to zresztą taki Allen w spódnicy – neurotyczna, piekielnie inteligentna, obserwująca i analizująca bez końca, to z jej ust padają najbardziej cięte w tym filmie riposty.

Najlepszy film Allena od ponad dekady? Niewykluczone. Jedno jest jednak pewne – nigdy wcześniej nie był tak bezpretensjonalny i prostolinijny. I to właśnie dlatego Vicky to pozycja z gatunku must see, nawet jeśli nie jest  w pełni satysfakcjonująca.

6.5/10

Reklamy

Komentarzy 6

  1. Dobrze się ogląda, ale absolutnie nie kwalifikuje się do „zobaczyłbym jeszcze raz”. Stąd rozmaite piątki i szóstki prasowe bardzo mnie zdziwiły.

  2. Cieszy mnie, że nie jestem odosobniony w swej opinii – zachwyt krytyki nadzwyczaj przesadzony.

  3. Dobre dobre. Ale to taki bardziej babski film, wiec troche tam was rozumiem 🙂

  4. mnie się Barcelona spodobała. ogólnie może być, ale bez przesady. „babski film” – hę? myślałam, że ma wszelkie dane, by spodobać się facetom? (nawet jeśli Scarlett się nie wczuła…)

  5. E, to chyba nie jest jednak babski film, prędzej o babach 😉

  6. […] Rebecca Hall w „Vicky Christina Barcelona” Woody’ego Allena – za to, że zjadła na śniadanie całą resztę obsady. Zobacz więcej. […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: