„Strasznie szczęśliwi” („Frygtelig Lykkelig”, reż. Henrik Ruben Genz, Syrena Films)


Witam po przerwie świątecznej. Trzy kilo żywej masy więcej.

A teraz przechodzimy do spraw bieżących.

Podstawowe przykazanie każdego kinomana brzmi: pamiętaj, byś szedł do kina bez jakichkolwiek oczekiwań. A już absolutnie naganne i winno być karalne co najmniej miesięcznym banem na wizyty w przybytku X muzy takie zachowanie, w którym widz (i) – choć nie czytał scenariusza – najlepiej wie, jakimi torami winna płynąć akcja oraz – co gorsza! – (ii) w jaką formę tę akcję opakować. Szczególnie – niespełnione przypuszczenia co do przyjętej formy mogą skutkować rozczarowaniem. Przerobiłem to już parę razy, najdotkliwiej bodaj przy Michaelu Claytonie, kiedy to przed pójściem do kina ubzdurałem sobie, że to film z pogłębioną wiwisekcją psychologiczną, gdy tymczasem skończyło się na zwyczajnej sensacji z linczem na korporacyjne Oczywiście, byłem zawiedziony,  co dla samego obrazu jest niesprawiedliwe, bo przecież to w swej rozrywkowej kategorii rzecz klasy wysokiej.

Nienauczony doświadczeniem, zwiedziony plakatami oznajmującymi „strasznie śmieszna komedia” „komedia-dramat-thriller”, wymyśliłem sobie, że Strasznie szczęśliwi to powtórka z klasycznych już dziś Jabłek Adama – skoro Dania i skoro ma być śmiesznie, to rządzić będzie przede wszystkim groteska i to w stopniu przekraczającym wszelakie prawdopodobieństwo. A przy okazji w przewrotny sposób dowiemy się czegoś więcej o nas samych, zaskoczy nas finał, świat będzie piękniejszy, a przynajmniej bardziej zrozumiały. Punkt wyjścia nie wskazuje, by miało być inaczej: Robert, zatrudniony w Kopenhadze policjant, zostaje przymusowo (trochę poturbował żonę, po czym zamienił elegancki mundur na biały kaftan) przesunięty do małego miasteczka, gdzie diabeł mówi dobranoc. Miejscowi tworzą nieprzepuszczającą obcych klikę, która rządzi się swoimi prawami – mieszkańcy problemy rozwiązują we własnym zakresie, na przykład topiąc delikwenta w pobliskim bagnie. Każdy, nawet dziewczynka spacerująca nocami pod oknem policjanta, kryje w sobie tajemnicę, która niekoniecznie powinna ujrzeć światło dzienne. Robert, jak przystało na odbudowującego nadszarpniętą reputację urzędnika, traktuje prowincję jako zło konieczne, które szybko minie, liczy na szybki powrót do stolicy, pobitej żony i wystraszonej córki. Stara się więc trzymać kurczowo litery prawa, w barze zamawia wodę (reszta pije piwo) i czeka na sprawę życia. Ta trafia się dość szybko: do Roberta zgłasza się  kobieta (potem okazuje się, że to znudzona nimfomanka), która utrzymuje, że bije ją mąż, wielki, groźny, bogaty, typowy prowincjonalny bonzo. Kolejne szczegóły sprawy wzbudzają jednak wątpliwości co do prawdziwości zeznań kobiety, a Robert z obserwatora zdarzeń staje się ich uczestnikiem.

Film jest posępny, klimatyczny, ciemny, klaustrofobiczny. Co ma śmierdzieć, to śmierdzi, co ma być brudne – jest brudne. Woda chlupie w kaloszach, kaloryfery przeciekają, lekarz już w trakcie dyżuru pije na umór. Skojarzenia z twórczością braci Cohen wydają się być jak najbardziej uzasadnione – przemoc nie znajduje uzasadnienia, pojawia się niemalże znikąd i nakręca spiralę katastrofalnych w skutkach zdarzeń. Całość, a i owszem, wzięta jest w nawias umowności, ale jak na film reklamowany jako komedia, zaskakująco mało tu gagów, a skutki grzesznych uczynków lokalnej społeczności nie są neutralizowane poczuciem humoru. Może więc miała być to przypowieść o Ważnych Sprawach, ubrana w efektowną formę groteski? Też nie do końca, bo morał z tego filmu jest mniej więcej taki, że prowincja to nie synonim sielskości i anielskości (jak podpowiadałoby nasze Ranczo choćby), a mętne bagno pełne szumowin. Naiwne to podejście, dlatego najlepiej jest ująć Strasznie szczęśliwych jako nietuzinkowy thriller, który co prawda bawi się konwencją (pojawiają się tu na przykład wtręty westernowe), ale robi to dość zachowawczo, żeby nie powiedzieć: nieudolnie (scena pobicia dziecka wzbudza bowiem wątpliwości co do jej konieczności umieszczenia w filmie, choć w innych reżyserskich rękach jej nagła i nieoczekiwana brutalność znalazłaby dramaturgiczne uzasadnienie). Jedno jest pewne: jak raz wdepniesz w gówno, niełatwo będzie się go pozbyć.

5.5/10

Reklamy

Jedna odpowiedź

  1. dla mnie to tez zdecydowanie nie byla komedia, a co do gatunku tego filmu to nie bede sie wypowiadac… napewno w tym przypadku to juz jest kwestia interpretacji kazdego z widzow…
    kupilam ten film przez sms i wiele za niego nie zaplacilam, wiec napewno pozycze go kolezankom, bo jestem ciekawa ich opini na ten temat, byc moze ktoras z moich kolezanek stanie sie wielka fanka tego filmu…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: