Wątpliwość (reż. John Patrick Shanley)


Mam wątpliwości.

Pierwsza godzina dłuży się niemiłosiernie, sprawa poważna, przecież społecznie zaangażowana obchodzi tyle, co kłótnia Grażynki i Rysia w 2567 odcinku Klanu, o to, kto ubierze dzieci przed wyjściem. Nie wiemy właściwie, skąd u siostry Alojzyny aż tak mocne przekonanie, że ojciec Flynn przekroczył granice bezpiecznego zainteresowania jednym ze swoich podopiecznych, jedynym czarnoskórym w całej szkole, którą ksiądz zarządza. Pojawia się też wiele wątków pobocznych, które nie znajdują uzasadnienia i rozstrzygnięcia – któryś z uczniów celowo wywołuje krwotok z nosa, byle tylko iść do domu, jedna ze sióstr zakonnych traci wzrok, w gabinecie Alojzyny nie domyka się okno, Mogę jedynie podejrzewać, że chodziło do pobudzenie ospałego filmu, nieznośnie teatralnego – Wątpliwość to adaptacją sztuki, której autorem jest sam reżyser John Patrick Shanley. Ale jak pokazuje przypadek Frosta/Nixona, oparty na słowie, a nie akcji, dramat może z powodzeniem odnaleźć się na ekranie. Bezduszne i ospałe wnętrza, poza które film wychodzi tylko raz, wraz z natrętną meteorologiczną symboliką (wiatr = przeciwności losu) męczą. Brakuje powietrza, oddechu, dowcipy, które miały w zamierzeniu oczyścić atmosferę, wydają się być przygotowane bez polotu. Shanley nie radzi sobie z prowadzeniem akcji, próbując aż zanadto środków, gubi film w meandrach statyczności.

Na szczęście jest jeszcze ostatnie pół godziny, które film zwyczajnie ratuje. Te trzydzieści minut to przede wszystkim dwie rozmowy, które otwierają drogę do innych interpretacji filmu, niż te, które mógłby sugerować główny jego motyw. Po pierwsze: ostateczna konfrontacja siostry Alojzyny i ojca Flynna. Po drugie: dialog pomiędzy Alojzyną a matką domniemanej ofiary, która niespodziewanie dla widza również przeradza się w konfrontację dwóch skrajnie odmiennych postaw.

Główni bohaterowie zbudowani są na zasadzie kontrastu. Alojzyna jest oschła, surowa, bez sentymentów rozwiązuje problemy wychowawcze, dla uczniów jest postrachem. Jednocześnie, wie, że rządy silnej ręki za chwilę się skończą, ludzie przestaną pisać piórem, a za plecami czai się rewolucja obyczajowa końca lat 60. (akcja filmu dzieje się w 1964 oku). Z kolei, ojciec Flynn stawia na dialog, żartuje razem z dzieciakami, taki dobry wujek, co chętnie pogra w nogę, przytuli, gdy jest źle i jeszcze da cukierka na poprawienie humoru. Są strażnikami różnych porządków, konserwatyzmu i otwarcia. Napięcie pomiędzy obiema postaciami musi w końcu znaleźć ujście. Ich ostatnia wspólna scena to nie tylko seria wzajemnych oskarżeń, ale również i rozstrzygająca walka o pozycję. Alojzyna wie, że jako kobieta w zhierarchizowanej i zmaskulinizowanej strukturze kościoła, jest przegrana na starcie. A jednak, deklaruje, że w imię zasad i przekonań, w imię prawdy, nie cofnie się przed niczym, by usunąć księdza z funkcji dyrektora szkoły. Flynn z kolei wykorzystuje swoją uprzywilejowaną pozycję, by podkreślić, że nie ma takiej siły sprawczej, która mogłaby doprowadzić do rezygnacji ze stanowiska. Symboliczny „taniec” bohaterów wokół stołu, przy którym stoi krzesło, z którego wydawane są podwładnym polecenia, to mistrzostwo.

Jest i druga ze wspomnianych przeze mnie rozmów. Jej szczegółów nie zdradzę, gdyż zbyt wiele wnosi do rozstrzygnięcia filmu, ale uwydatnia, jak wiele ustępstw, jakie wiele poświęceń wpisane było (jest?) w los mniejszości etnicznych i seksualnych.

Film, o mimo wszystko wątłej i nieporadnie prowadzonej akcji, opiera się przede wszystkim na aktorach, o czym świadczą aż cztery aktorskie nominacje do Oskara. Meryl Streep jako Alojzyna jest wspaniała – mimo, że nie budzi sympatii, to jednak zrównuje widza konsekwencją. Philip Seymour Hofmann, radosny, pełen uroku, jednocześnie potrafi bronić swojego. Trzeba jednak przyznać, że Hoffman nie wydusił ze swej postaci wszystkiego, na co było go stać (czasem ma się wrażenie, że nie gra na pół gwizdka, choć oczywiście: jakie to pół gwizdka!), więc pojedynek aktorski wygrywa bez wątpienia Streep. Świetna jest również Viola Davis, jako matka chłopca – pojawia się na ekranie zaledwie na 10 minut, ale to wraz z nią przychodzi największa intensyfikacja emocji. Jest jeszcze Amy Adams, w roli naiwnej zakonnicy, którą jak linę przeciągają na stronę swoich racji Alojzyna i Flynn. Adams gra cały film z miną zdziwionej kozy, co może irytować, niemniej jednak – jak zauważył mój przyjaciel – przypomina bardzo Mię Farrow z Dziecka Rosemary, która nie rozumie, co się wokół niej dzieje, szuka swojej drogi, szuka własnych odpowiedzi, bo wie, że stawka idzie również o jej przyszłość.

Film jest nierówny (Fatalny ostatni akord! Kto kazał Meryl Streep płakać?), czasem idzie na skróty, zbyt rzadko porusza. Co jednak najistotniejsze: nie dostaniemy odpowiedzi na najważniejsze pytanie – tę rozważy każdy z nas we własnym sumieniu. Bo też – wbrew stwarzanym pozorom – tu nie chodzi o molestowanego (?) chłopca, a o wierność swoim poglądom. Za nią można bowiem zapłacić najwyższą cenę. Spokoju.

6/10

Advertisements

Jedna odpowiedź

  1. […] Meryl, Philip, Amy oraz Viola w “Wątpliwości” w reż. Johna Patricka Shanleya – za koncertowy kwartet. Zobacz więcej. […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: