Mężczyzna z koparką (Morrissey „Years of Refusal”)


Zacznijmy może od przypomnienia, kto zacz, bo znów będzie, że zajmuję się bez celu jakimś starym dziadem. Po wysłuchaniu utworu, postaraj się wymienić trzy spośród Twych ulubionych brytyjskich zespołów, które NIE inspirują się The Smiths. Ja naliczyłem takich bandów półtora.

Mariusz w swej recenzji stwierdził, że nowa, dziewiąta solowa płyta Morrisseya, Years of Refusal, jest nudna (oczywiście, powiedział na ten temat znacznie więcej, to tylko jednozdaniowe podsumowanie). Postaram się choć minimalnym stopniu ten krążek obronić.

Na Morrisseya patrzymy zawsze z perspektywy jego macierzystego zespołu, o czym świadczy choćby początek tej notki, mimo iż od rozpadu The Smiths minęło ponad dwadzieścia lat. Nic, co zrobił później, nie dorównuje klasie kompozycji nagranych z Johnnym Marrem. Na szczęście (dla samego Morrisseya przede wszystkim), przynajmniej niektóre z jego solowych dokonań zasługują – nawet po latach – na uwagę.

Years of Refusal to końcowy akord jego powrotnej trylogii. W 1997 artysta zaszył się na siedem w swej wielkiej amerykańskiej rezydencji, zniechęcony brakiem komercyjnego, ale pewnie też i artystycznego sukcesu jego ostatnich wydawnictw. W polu naszego widzenia pojawił się ponownie w 2004 krążkiem You Are The Quarry, z pespektywy niepewnym, tak jakby jego autor pytał nas, czy wciąż mamy ochotę by był naszym kumplem. Wydana dwa lata później Ringleader of the Tormentors, być może słabsza tekstowo od swej poprzedniczki, to taki Morrissey, którego cenimy najbardziej, pełen siły, ekspresji. Na Years of Refusal to właściwie niezniszczalny cyborg, przebrany w ludzką postać. Zwróćcie uwagę jak w otwierającym płytę Something Is Squeezing My Skull próbuje przeskoczyć naturalne ograniczenia. Choć projekt pt. Morrissey to dziś nie tylko Sean Patrick, ale też i grupka starych przyjaciół, od początku wiadomo, kto rozdaje tu karty. Potężny głos Morrisseya czaruje i pozostawia w odrętwieniu (ostatnio zresztą artysta pojawił się na skompilowanej przez Rolling Stone liście 100 najważniejszych wokalistów świata). Do diaska, ten facet kończy w tym roku 50 lat! Testosteron kipi, libido nie znajduje ujścia, Morrissey to prawdziwe zwierzę. Dla takich nie ma rzeczy niemożliwych.

Być może kluczem do zrozumienia Years of Refusal jest jubileusz artysty, okazja do podsumowania dorobku, nie tylko artystycznego. Dużo więc tu wersów o zwątpieniu, zobojętnieniu, wygranych bitwach i przegranych wojnach. Niestety – i tu się z Mariuszem zgadzam – teksty przesiąknięte są pompą, naiwnością, tanim sentymentalizmem. Facet, który buńczucznie pozuje na okładce płyty z rozpiętą koszulą, a we wkładce singla pojawia się nago, nie dotrzymuje danej obietnicy, zamiast wyostrzonego zmysłu obserwacji dostajemy tanie dyrdymały na poziomie emocjonalnym chłopca, który właśnie się zorientował, że ktoś mu ukradł ulubioną koparkę czy wiaderko.

Ale Morrissey to przede wszystkim Osobowość, a ta mimo tandetnej medialnej otoczki, mimo zapowiedzi o zakończeniu kariery, mimo wreszcie efekciarskich (nie mylić z efektownych) zabiegów literackich właściwie nie pozostaje naruszona. Nie przeszkadzają w związku z tym na Years of Refusal gorsze niż na poprzednich płytach kompozycje (na to Mariusz również zwrócił uwagę). Nie ma to bowiem specjalnego znaczenia – Morrissey, postać z krwi i kości, wypełnił sobą cały krążek, w związku nie straszna jest nam nawet dziecinada, którą zdarza mu się na nim uprawiać.

Reklamy

komentarze 3

  1. Wielkości, charyzmy i energii faktycznie nie można mu odmówić, ani na płytach ani na żywo. I dzięki temu mógłby i kolejne kilka dekad grać (chociaż widziałem wczoraj jakąś notkę sugerującą, że nie ma takiego zamiaru). Moja krytyka na pewno podszyta jest przekonaniem, że jednak w dzisiejszych czasach „dobry rock” to za mało. Mamy XXI wiek i tysiące wybitnych płyt za plecami, setki świetnych płyt wydawanych dokładnie teraz, o niebo ciekawszych niż „Years…”, tylko że – ano właśnie – bez tej Osobowości. Płyta płytą, ale jeśli faktycznie przyjedzie do Polski, to i tak wszyscy będziemy wniebowzięci.

  2. >Po wysłuchaniu utworu, postaraj się wymienić trzy spośród Twych ulubionych brytyjskich zespołów, które NIE inspirują się The Smiths. Ja naliczyłem takich bandów półtora.

    Nostalgia 77, The Real Tuesday Weld, Portishead, Coil, Electric Wizard…. eee no dobra. Tak się wciąć tylko chciałem. Bo probieżem nie jestem – nie przepadam za brytolską muzyką graną przez „zespoły”. Brytole to robią dobre soule i elektroniki.

    Nie załapałem się nigdy na The Smiths. W czasie kiedy należało to kminić u mnie rządziły noise rocki z 90tych z USA. Ale na koncert Morriseya to bym poszedł. A co.

  3. @ Mariusz —>> ciekawe, swoją drogą, ile na osobowości można lecieć 🙂 Zresztą, czy Morrissey musi przełamywać schematy i kombinować? Wyobrażam sobie lincz, który spuściłaby Morrisseyowi opinia publiczna, gdy ten zacząłby grać synthpopy czy inne wynalazki.

    @ lewar – znajomość geografii muzycznej na piątkę 🙂 Ale kiedy myślimy „Portishead” to nie przychodzi nam do głowy od razu „o, o, oni są z Wielkiej Brytanii”, co najwyżej, że są z Bristolu, natomiast wszystkie zespoły franzopodobne to esencja brytyjskości, które bez the Smiths pewnie nigdy by nie powstały. I w tym kontekście użyłem sformułowania ‚brytyjskie zespoły”, bo jeżeli coś wyznacznikiem brytyjskości jest, definiując to pojęcie, to Kowalscy właśnie.
    Jak rozumiem, na koncert się ustawiamy (to już w lipcu!, ponoć)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: