WHO’S THE BOSS?


Trudno byłoby wskazać kogoś, kto w sposób bardziej kompletny i wyczerpujący definiowałby amerykańską scenę muzyczną. Bruce to uosobienie amerykańskiego mitu od pucybuta (w tym wypadku: syna sekretarki, który za leserstwo został wyrzucony z college’u) do milionera (w tym wypadku: milionera, którego płyty znalazły się w ponad 300 milionów domów na całym świecie, zdobywcy Oskara, 18 nagród Grammy, porządnego męża pięknej żony, szczęśliwego ojca i dziadka). Mitu, którym żywią się miliony. Bruce zdaje się mówić: hej, bądźcie wytrwali, osiągnięcie tyle, ile zdołałem osiągnąć ja. Pamiętacie jakiś skandal wywołany przez Bruce’a? Jeśli trafia na pierwsze strony gazet, to tylko ze względu na swą twórczość i – coraz częściej – przekonania polityczne. Zwyczajny facet, który mimo sześćdziesiątki na karku, wygląda jak rosły drwal. Chcemy mieć takich sąsiadów, braci, ojców. Z takim kumplem nie wychodzilibyśmy z pubu.

Choć Bruce jest aktywny od ponad czterdziestu lat, to śmiem twierdzić, że to właśnie teraz nastał dla niego najlepszy czas. Nigdy nie ukrywał swoich poglądów politycznych, czynnie uczestniczył w życiu społecznym swojego kraju. Jest jednym z jego największych admiratorów, ale jednocześnie potrafi kontestować drogę, którą podąża jego ojczyzna. Na przełomowej dla jego kariery płycie Born to Run (1975) Bruce to mechanik/robotnik/murarz, który zachłystuje się potęgą swojego kraju, ale jednocześnie doświadcza małych, nieistotnych dla innych dramatów. Jego wiara w ludzi zostaje nadwyrężona, dorosłość przynosi kolejne rozczarowania. Eskapizm w czystej formie. Dziewięć lat później, na swym najlepiej sprzedającym się krążku, Born in the USA, pyta wprost o kondycję amerykańskiego społeczeństwa, przenosząc środek ciężkości z jednostki na wyrzucone pędzącym konsumpcjonizmem poza obręb zainteresowań polityków, grupy społeczne. W nagraniu tytułowym oskarża kraj o brak zainteresowania żołnierzami, którzy przeżyli traumę Wietnamu.

Dziś sens Born in the USA jest jeszcze bardziej czytelny. Wietnam to wewnętrzna sprawa Amerykanów. Natomiast dżihad, Irak, ropa naftowa, to zbiór haseł stanowiący tygiel ekonomicznych i religijnych interesów, równie aktualny dla Nowego Jorku, co dla Londynu, Paryża czy Warszawy. Bruce był bodaj pierwszym artystą, który przyniósł Ameryce ulgę po 11/09/2001. Wydane latem 2002 roku The Rising to próba przebudzenia i przywrócenia nadziei ogołoconemu z godności narodowi. Większość kompozycji na płycie powstała w oparciu o rozmowy, jakie Springsteen przeprowadził z rodzinami ofiar wrześniowych zamachów, co sprawiło, że płyta stanowi pamiętnik emocji zdegradowanego do poziomu tragedii świata. Springsteen jednocześnie wielokrotnie wyraził swą dezaprobatę przeciwko inwazji amerykańskiej w Iraku, stwierdzając, iż rozwiązanie leży w utrzymaniu pokoju, a nie w wojnie, bo ta doprowadzi do eskalacji konfliktu. Nie dziwi więc, że podczas ostatniej kampanii prezydenckiej Springsteen udzielił jednoznacznego poparcia Obamie, stwierdzając, że Amerykę stać na zmianę, wyeliminowanie bezmyślności i moralnej dwuznaczności i zastąpienie ich przejrzystością. To właśnie Springsteen zagrał na zaprzysiężeniu nowego prezydenta.

Właśnie ukazała się szesnasta solowa płyta Springsteena zatytułowana Working on a Dream. Pomimo oczywistych nawiązań do aktualnej sytuacji politycznej, to również zapis codziennej walki o spokój. To szalenie osobista wypowiedź artysty, który wie, że nic nie jest dane wiecznie. Miłość, sukces, uwielbienie, wreszcie przyjaciele mogą odejść, tak szybko, jak się pojawili (w ubiegłym roku zmarł Danny Federici, członek E Street Bandu, który po dłuższej przerwie znów towarzyszy Springsteenowi podczas jego występów). Więcej tu pesymizmu, refleksji. Również w aspekcie kompozycyjnym Springsteen spogląda wstecz – wypracowaną przez lata estetykę, uzupełnia o śmiałe nawiązania do aranżacyjnej bombastyczności Phila Spectora, lekkości The Byrds, harmonii The Beach Boys, zwyczajności Roya Orbisona. Stąd Working on a Dream może być traktowane jako rodzaj hołdu dla ponadczasowych bohaterów. Hołdu, wypada podkreślić, prostego, ale ani przez chwilę nieocierającego się o banał, czego dowodem choćby odważna otwierająca album ośmiominutówka Outlaw Pete, rewitalizująca wyświechtaną formę nudziarstwa z gitarą.

Kiedy prezentowałem utwory Springsteena podczas mojej ostatniej audycji, słuchaczka zapytała mnie, czemu w ogóle zajmuję się utworami starego dziada. Otóż, droga słuchaczko, gdyby nie wujaszek Springsteen, pewnie członkowie Arcade Fire sadziliby teraz pomidory, a the Hold Steady grałoby nu-rave. Bruce dał bowiem Ameryce nie tylko oparcie w trudnych chwilach, ale umożliwił jej uformowanie muzycznej, rock’n rollowej tożsamości, ale nie tej bezmózgiej i płytkiej, a zaangażowanej i myślącej, choć niepozbawionej frywolności czy beztroski. Who’s the Boss, then? I to przez przeszło czterdzieści lat, drodzy Państwo, przeszło czterdzieści lat…

My Lucky Day, drugi singiel z Working on a Dream, niestety – możliwość publikacji oficjalnego teledysku została wyłączona.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: