Pierwszym kinowym wpisem w tym roku spróbuję powalczyć z malkontentami, którzy zadają pytanie: po co kolejny film o wojnie, Żydach i całym tym piekle? Poniżej pięć powodów, dla których W ciemności warto zobaczyć.

Bo nikt tu nie jest jednoznaczny
Polacy nie są tylko dobrzy, a Żydzi nie są tylko ofiarami historii, poczciwymi biedakami. Główny bohater filmu, Poldek Socha, drobny rzezimieszek, złodziejaszek, a przede wszystkim: kanalarz ukrywa Żydów początkowo dla pieniędzy. Jego kompan, Stefek, wycofuje się na pewnym etapie z całego przedsięwzięcia? Tchórz? Człowiek przezorny? Wśród Żydów, obok statecznych rodzin i słodkich dzieciaków, są zdrajcy, złodzieje, narkomani, cudzołożnicy. Nikt nie jest jednoznaczny. Trudno zachować stałość, gdy jest się zabawką w rękach historii. Oczywiście, nastaje czas przemiany: Poldek, narażając rodzinę, narażając swoje życie, bierze odpowiedzialność za ludzi, którym zdecydował się pomóc. To nie jest wielka zmiana, parę gestów, kilka słów, trudno tu nawet mówić o dojrzewaniu. Dopiero gdy na koniec filmu krzyczy o uratowanych „Moje Żydy, to moje Żydy!”, zdaje sobie sprawę z heroizmu swego czynu. Owszem, nie ma tu miejsca na pogłębioną psychologiczną analizę, ale każda z postaci jest narysowaną wyrazistą kreską.
Bo to film precyzyjny i naturalistyczny zarazem
Precyzyjny choćby dlatego, że oddaje prawdę historii: bohaterowie obrazu porozumiewają się w wielu językach: Polacy mówią po polsku, lwowiacy własną gwarą, Niemcy – po niemiecku, niemieccy Żydzi (są tacy!) też po niemiecku, radzieccy żołnierze po rosyjsku. A można było kazać każdemu gadać po polsku, dajmy na to. Naturalistyczny, bo pędzi na podstawowych emocjach. Zamknięci w mikroświecie Żydzi uprawiają zwierzęcy seks, tak jakby bliskość miała być jedyną szansą na przetrwanie (co z tego, że nie zawsze ze swoją żoną). Strach doprowadza do szaleństwa i zabójstwa. Nadzieja warunkuje przeżycie. Gsdy kończą się siły, modlitwa nie zawsze wystarcza.
Bo to film świetnie zagrany
Są tu dla mnie dwa aktorskie pewniaki Oskarowe (gdyby tylko film miał szanse o aktorskie nagrody powalczyć). Po pierwsze, Robert Więckiewicz jako Socha, wybawiciel z przypadku. Nieustannie balansuje, manewruje. Gdy żona zadaje niewygodne pytania. Gdy zobowiązuje się dawnemu kumplowi z więzienia, obecnie policjantowi, że jak tylko napotka w kanałach Żydów, niezwłocznie o tym doniesie. Gdy kupując pełną torbę jedzenia, zbytnio interesuje ekspedientkę. Więckiewicz wygrywa to wszystko po mistrzowsku: niby kieruje w nim chęć zysku, ale jednocześnie nieustannie podejmuje ryzyko. Działa trochę jak w transie, bez oglądania się w przeszłość, niemal zadaniowo, może intuicyjnie? Jak wspomniałem wyżej: to rola gestów, słów.
Po drugie, Julia Kijowska, grająca Chaję, jedna z Żydówek. Raz otępiała, raz na granicy amoku, przerażona niczym szczury, które biegają po kanałach. Zaszczuta, pozbawiona godności, tak bardzo nie zgadzająca się na całą tą sytuację. Rozpacz skutkuje tragedią, po której nie będzie odkupienia. Kijowska stapia się z tymi amplitudami, na granicy szarży.
A do tego jeszcze Kinga Preis, Agnieszka Grochowska, Benno Furmann, Maria Schrader, Michał Żurawski, przeprzystojny Krzysztof Skonieczny. W ciemności to majstersztyk aktorski.
Bo to film doskonale przygotowany
Już nawet nie chodzi tu o fenomenalne zdjęcia Jolanty Dylewskiej, gdzie tytułowa ciemność kontrowana jest oślepiającym blaskiem. Na antonimach jest zresztą ten film zbudowany, a Holland nie daje chwili wytchnienia, nawet nie zwalnia, i to dlatego W ciemności jest obrazem niełatwym w odbiorze – sceny humorystyczne sąsiadują z horrorem wojny, radość z pięknie wydeklamowanego przez dziecko wierszyka musi ustąpić panice. Kanały, jako osobny bohater filmu, przerażają. Cuchną, śmierdzą, są dla ludzi wybawieniem, ale potwornym ryzykiem.
Bo wojny nie da się ogarnąć
Tu jakakolwiek logika zawodzi. I dlatego też nowy film Holland jest tak bezkompromisowy. Wojna to zbiór przypadków, małych cudów, dużych nieszczęść. Decyzje podejmowane są w ułamku sekund. Klaustrofobia kanałów przenosi się na zwykłe życie – każda wyprawa poza kanał może być ostatnią. I czy w scenach w obozie pracy, czy w przypadkowym morderstwie niemieckiego oficera, które ma swe niespodziewane, tragiczne dla głównego bohatera, konsekwencje, reżyserka o tym nie zapomina. Ludzie są jak szczury. Na wojnie i poza nią.
8/10
Filed under: Kino Otagowane: | Agnieszka Grochowska, Agnieszka Holland, Benno Furmann, Jolanta Dylewska, Julia Kijowska, Kinga Preis, Krzysztof Skonieczny, Maria Schrader, Michał Żurawski, recenzja, W ciemności

Zgadzam się z każdym powodem. Byłam w sobotę na tym filmie. Długo, długo po nim nie mogłam się jeszcze pozbierać. Niesamowite kino.
@ Froblog ->> cieszę się, że recenzja pomogła!
Wypowiedź znaleziona na forum żydów polskich:
1. Socha spotyka po raz pierwszy Żydów w kanałach. W filmie wygląda to inaczej, niż w relacjach naocznych świadków. Według uratowanych, Socha od razu podjął decyzję o ich ratowaniu. Natomiast w filmie żałuje, że nie zażądał od nich więcej pieniędzy.
2. W ostatniej scenie filmu wychodzeniu uratowanym z kanałów towarzyszy milczenie ulicznych gapiów, tylko Socha i żona Sochy są entuzjastyczni, że się udało ich ocalić. Według relacji uratowanych było całkiem inaczej: każdemu ukazaniu się kolejnej głowy w włazie kanałowym towarzyszyły oklaski, okrzyki radości i płacz zgromadzonych ludzi. Żołnierzy rosyjskich i zwykłych i – co podkreśla Krystyna Chiger – nieżydowskich mieszkańców Lwowa – “ludzi z sąsiedztwa” a także “urzędników i robotników”. Kolejnych Żydów “pozdrawiano z radością” – pisze Krystyna Chiger.
3. I najważniejsze: motywy, które kierowały realnym Leopoldem Sochą:
Z pamiętnika Chigera: “Ratowanie nas uznał za swego rodzaju pokutę, za odkupienie swoich własnych złodziejskich grzechów. Poldziu Socha mocno wierzył, że ratując ludzi przed śmiercią, zmaże przed Bogiem własne przewiny. Nigdy nam nie wypominał, że czyni coś niebezpiecznego, przeciwnie – był dumny z tego, że może nam pomóc. Traktował to jako szczytne powołanie i nakaz od Boga. (…) Tłumaczył to tym, że widząc nasze tragiczne położenie, doznał duchowej przemiany i potrzeby naprawienia zła, przynajmniej w taki symboliczny sposób. Chodził pilnie do kościoła, modlił się o nasze zbawienie, które uważał jednocześnie za swoje, i niejednokrotnie dawał datki na naszą intencję oraz stawiał świece w kościele. Poldziu powtarzając słowa pacierza: “Odpuść nam nasze winy”, zawsze w myślach dodawał: “jako my ratujemy niewinnych, opuszczonych i zagrożonych” (str. 238)
http://fzp.net.pl/opinie/jedno-pytanie-do-dwoch-sochow