
Na początek zagadka, z polskim akcentem: co łączy chłopców z The Car Is On Fire i Broken Social Scene? Odpowiedź brzmi: John McEntire, producent ostatnich płyt obu zespołów. O ile z warszawiaków udało mu się wycisnąć spontaniczność, nieregularność, tendencję do zabawy, o tyle kolektyw z Toronto pod wpływem współpracy jeszcze bardziej się rozmarzył i jeszcze bardziej posmutniał. Bo twórczość Broken Social Scene to zapis przegranych, pamiętnik pęknięć. Tych codziennych wypadków przy pracy, jednego słowa za dużo, dwóch gestów za mało, nieprzespanych nocy, niedokończonych rozmów. Na przestrzeni ostatnich pięciu lat (bo tyle minęło od wydania poprzedniej płyty) przećwiczyli wszelkie dozwolone kroki w pomniejszych, odrębnych konfiguracjach – Broken Social Scene to tabor, który skupia najważniejsze postaci kanadyjskiej alternatywy, by wymienić Feist, Emily Haines (na co dzień wokalistkę zespołu Metric), Kevina Drew, Brendana Canninga, projekty Stars czy Apostle of Hustle – a teraz wracają, znów w bliżej niewykrystalizowanym składzie, z pewnością przekraczającym liczbę dwadzieścia. Wracają tak, jakby nic nie uległo zmianie, jakby zniknęli z pola widzenia zaledwie wczoraj, jakby Feist nie była nominowana do Grammy, jakby nie zdarzyły się te wszystkie dobre recenzje, legitymizujące do solowego działania. Nadreprezentacja osób zaangażowanych działa bez wątpienia na korzyść: trąbki w jednym utworze nie przeszkadzają stonowanej elektronice w drugim, kaskada gitar z prog-rockowymi tendencjami nie ujmuje nic stojącej zaraz obok prostocie refrenu. Rozpływają się na małe, drobne kawałeczki w Highway Slipper Jam, choć wcześniej niezwykle konsystentnie podeszli do konwencji piosenki w Art House Director, kto wie, czy nie najbardziej poruszającym na krążku, a niedługo potem bawią się w dźwiękową iluzję Briana Eno (Meet Me In The Basement). Panują jednak nad przyjętą konwencją (która w tym przypadku oznacza jej brak) bez zarzutu, nie pozwalając wymknąć się jej ani na moment, nawet jeśli prezentują tym razem bardziej rzemieślnicze podejście do tematu (szczególnie końcówka płyty to raczej autokopia niż twórcze podejście do wykrystalizowanego na pierwszej płycie stylu). Jestem prawie pewien, że wciąż grają jedną melodię, tylko za każdym razem oprawiają ją w inne emocje. Wszystko w imię humanizmu, bliskości człowiekowi, jego błędom, pomyłkom, awariom i wreszcie przebłyskom stabilizacji, jak w tytule płyty, z przebaczeniem, ale nie zapomnieniem.
8/10
<<na potrzeby “Teraz Rocka”>>
a tak było wcześniej:
Filed under: Płyty Otagowane: | Broken Social Scene, Feist, Forced To Love, Forgiveness Rock Record, Metric, recenzja, Shoreline

Niby słabsza niż dwie poprzednie, bardziej chaotyczna, ale i tak się złapałem. Nawet bardzo.