![]()
Okładka płyty sugeruje najdobitniej, co mogło stać się z Ellie Goulding na przestrzeni ostatniego roku. Naturalna, interesująca, ale w prosty, zwyczajny sposób, dziewczyna została wyretuszowana na kształt wydmuszki, mając sprostać oczekiwaniom speców od marketingu. Serio, nie mogę wprost patrzeć na ten obrazek: wystarczy odnieść się do teledysku do Starry Eyed, promującego krążek, by stwierdzić, że okładka razi sztucznością i zamiłowaniem grafików do niecnych zabaw z fotoszopem. Lights należy więc postrzegać przede wszystkim jako produkt, spreparowany na pierwsze miejsce listy przebojów. Produkt, inwestycja w który winna się zwrócić, czemu ma przysłużyć się szczegółowy plan promocyjny. Po pierwsze: obranie właściwego kierunku, za sprawą spotkania z Frankmusik, złotym chłopcem z zamiłowaniem do łatwizny lat osiemdziesiątych. Po drugie: będąca konsekwencją punktu pierwszego estetyczna wolta, wiadomo przecież, że nikt nie lubi smutnych dziewczyn, więc Ellie porzuca smętne akustyczne, folkowe brzmienia na rzecz bezdusznie precyzyjnego popu. Po trzecie, dla zmyłki, co by zainteresować możliwie najszersze grono dziennikarzy, na singlu pojawia się Under the Sheets, idealne, by stać się piosenką tygodnia w BBC Radio 1, w nieoczywisty sposób przebojowe, stanowiące coś więcej niż tylko luźno zestawione ze sobą zwrotki, refreny i bridge. Po czwarte: zmasowanie akcji piarowych w okolicach grudnia i stycznia, by zabezpieczyć czołowe miejsca we wszelakich rankingach grupujących najzdolniejszych debiutantów. Ale nie należy dać się zwieść: choć symptomy wskazywałyby na to, że Ellie będzie mniej narwaną kuzynką Elly Jackson z La Roux, Lights przekonuje, że to raczej bardziej wyrośnięta Miley Cyrus, naiwna i banalna, która nie do końca wie nawet, w którą stronę się udać. Bo mamy tu i dużo pozbawionej wszelakich emocji syntetyki (jak w My Biggest Mistake, które gdyby to pojęcie pozostawałoby aktualne, mogłoby stanowić wzorcowy przykład guilty pleasure), ale z drugiej strony wyraźnie słychać próby przekroczenia narzuconego schematu, przejawiające się w konstruowaniu czegoś więcej, niż jednorazowych przyśpiewek telewizji śniadaniowej (Guns and Horses, The Writer). Dlatego Lights to szansa zmarnowana: chęci i możliwości zostały spłaszczone przez nieprowokującą jakichkolwiek reakcji estetykę, bezpieczną i pozbawioną wyrazu. Sama artystka wpadła zresztą w pułapkę na nią zastawioną, bo zamiast porządnie dorzucić do pieca (a że potrafi, pokazuje choćby wspomniane już My Biggest Mistake), jest – choć urzekająco skromna – słodka, radosna i niezapamiętywalna, pozbawiona znaczących cech odróżniających. Na razie więc gram w drużynie Mariny, ale też tylko dlatego, że Ladyhawke nie przystąpiła do tej edycji zawodów.
6/10
Filed under: Płyty Otagowane: | Ellie Goulding, Lights, recenzja, Starry Eyed

życie to sztuka kompromisów, nie? a muzyka to kosztowna inwestycja, nie dziwię się więc spinaniu pupki – vide wycofanie ze spotify albumu w walce o wynik sprzedaży. ale dla mnie ten album jest zwyczajnie za długi. spokojnie można by wywalić 3-4 tracki i byłby minialbum przebojowy, bo skondensowany, a reszta tracków byłaby do rozdania przy bonusach.
Najsmutniejsze jest to, że ta płyta mogła być tak fajna, jak płyta Ladyhawke, bez tej całej spinki i inwestycji. A co do dłużyzn się zgadzam, nie wiem, czy pospieszono się z premierą krążka, by załapać się na zamieszanie wywołane serią nagród i pozytywnych doniesień prasowych.
Ta płyta nie mogła być super fajna, bo Ellie nie jest stworzona do dyskotekowych numerów, natomiast ktoś i tak nieźle ją przez to wszystko przeprowadził. Dwa najbardziej gorące, brytyjskie
“towary” to teraz Ellie i Marina. Jedna udaje, że zna się na parkietowych klimatach (choć w rzeczywistości nie bardzo), druga popada w przaśne, cyrkowe klimaty, by uniknąć bycia drugą Florence czy kolejnym dzieckiem Kate Bush. Nie gram w żadnej drużynie, ale staję po stronie Ellie, mimo że Marina jest genialną wokalistką, po prostu piosenki Goulding są nieznacznie lepsze, a cała płyta mniej nadęta.
Pisząc “fajność” miałem na myśli to, że krążek mógł płynąć, a tymczasem, jako całość, stanowi idealną muzykę tła. A nie płynie. Wolę przeteatralizowaną Marinę, bo przynajmniej jest jakaś. Ellie też pewnie jest “jakaś”, ale dała się przytłoczyć tym wszystkim wynalazkom.
nie zgadzam się z wypowiedzią. Ellie ma świetny głos i ten głos bardzo dobrze komponuje się w muzyce jaką gra.
może ten electro-pop nie jest 100% trafiony ale jest w tym coś co pasuje do niej. bardziej stawiam na zwykły pop, pop-folk, folk ale electro też niczego sobie.
Każda piosenka z LIGHTS ma coś w sobie i moim zdaniem każda z nich była trafiona. Mocny STARRY EYED a tu lekkie GUNS AND HORSES, potem YOUR BIGGEST MISTAKE z taką nutką lekkości ale za to mocnym dźwiękiem. każda piosenka jest idealna. tak więc Ellie powinna być inaczej komentowana niż jest to teraz robione. i wydaje mi się że połączenie jej z Miley Cyrus było wielkim przegięciem gdyż Ellie ma 100x lepszy głos i nie chce rozgłosu. Miley za to ma fatalny głos i szuka rozgłosu a to nie pasuje moim zdaniem do siebie.
teraz odniosę się do Mariny. i staje murem za Ellie gdyż słuchając Mariny piosenki wydają mi się strasznie CIĘŻKIE
i ciężki MĘSKI (ja to tak nazywam) głos nie pasuje totalnie. A Ellie ma lekki dziecinny głosik który chciało by się słuchać bez podkładu muzycznego . Ellie jest najlepsza. Jestem za wielką 10 za płytą i wielką 10 za głos i wielką 10 za wszystko.
pozdrawiam.